STACJA NIGDY W ŻYCIUGO GO THEURGYRE : EMSPLITMAUVE CYCLESLIGHTONCAN'T ILLUMINATIONCOMPILATIONS
Anna Zaradny "Go Go Theurgy"
LP: Musica Genera, MGV6 / Bocian Records, BC AZ3
(2016)

A. THEURGY ONE
B. THEURGY TWO

Composed and recorded by Anna Zaradny in 2015
Electronics, analogue and digital synthesizers
Photo by Magda Wunsche
Drawing by Anna Zaradny
Design by Lasse Marhaug
Mastering an Cut by Rashad Becker at D&M Berlin
Produced by Musica Genera

co-released with Bocian Records (BC AZ3)
"Go Go Theurgy" to pierwszy od 2008 roku album Anny Zaradny. Na płytę składają się dwie majestatyczne kompozycje charakteryzujące się charyzmatyczną intensywnością, nasączone energią, podszyte na przemian zmysłowością i niepokojem. Gęsta i pełna szczegółów tkanka albumu jest namacalnie fizyczna, stale będąc emanacją napięcia i dążenia. Detaliczność struktury dźwiękowej i jej emocjonalny ciężar wspiera wyrazista narracja wieloczęściowych utworów.
Ta muzyka - celebrująca performatywność - wymyka się gatunkowym ograniczeniom, odważna swą eksperymentalnością, a przy tym precyzyjnie skonstruowana wykorzystuje niejednokrotnie energetyczne momentum konotowane częściej z muzyką popularną. „Go Go Theurgy” przywołuje pierwotne, ale i kulturowe referencje, tworząc własną i niezależną jakość.



"Go Go Theurgy" to misternie tkana plątanina syntetycznych i naturalnych faktur oraz modulacji, która stanowi kolejny krok w rozwoju unikalnego brzmienia artystki, bardzo organicznego, wręcz uwodzącego słuchacza. Realizowana już we wcześniejszych utworach Anny Zaradny idea rzeźby dźwiękowej ma szczególne znaczenie w lekturze "Go Go Theurgy". Konstrukcja złożona z pętli i cykli cechuje tutaj specyficzna rytmika - uzyskana całkowicie bez użycia perkusjonaliów, oparta na pulsacji i dynamice samej kompozycji. Duże natężenie przenikających się warstw brzmieniowych i repetycyjnych odwołuje się bezpośrednio do tytułu, swoistego rodzaju rytuału zawieszonego pomiędzy tańcem i pefromansem koncepcjami buntu i władzy, oczyszczenia i wyzwolenia przez oddzielający gest ciała.
Operowanie powtórzeniem nadaje kompozycji bardzo rytualny charakter, co współgra z fotografiami – autorstwa Magdy Wunsche - z oprawy graficznej albumu, dokumentującymi performance artystki. W twórczości Anny Zaradny temat rytuału odartego z mistycznej aury, sprowadzonego do napięcia pomiędzy kulturowymi rolami i ich fantazmatami pojawiał się już wielokrotnie (m.in. w „Lekcja kastracji” (2010)”, „Najsłodszy Dźwięk Krążącego Firmamentu” (2011), „GEN IUS” (2014), „Punctus Contra Punktum” (2014)), pierwszy raz przybiera on formę kompozycji dźwiękowej. “Go Go Theurgy” cechuje czytelna architektura dźwiękowa, słychać w niej echa przestrzeni, w której dźwięk rezonujei powraca w kolejnych cyklach. Kompozycja staje się nie tylko odbiciem samego rytuału, który widzimy na zdjęciach,ale też metaforą wybrzmienia otwartej przestrzeni. Elementy, które słyszymy w pierwszych częściach kompozycji powracają przetworzone, jako efekt zredefiniowanego echa, które staje się samodzielnym obiektem dźwiękowym oderwanym od swego źródła. Wielowymiarowość fizyczności dźwięku jest kolejnym krokiem w stronę traktowania kompozycji jako rzeźby. Próby zatrzymania w czasie momentu, doświadczania transu, zapętlenia ruchu i gestu.

(–) Daniel Brożek
"Go Go Theurgy", the first Anna Zaradny's album in eight years, consists of two majestic compositions. Strikingly charismatic and intense, they teem with sensuality and anxiety, while their palpably dense and detailed texture is constantly filled with tension and sense of urgency. The crystal-clear narration of these structurally complex pieces creates a framework for Zaradny's uniquely intricate and emotional sound. This music celebrates performativity and defies genre limitations. Although bravely experimental, it is precisely structured at the same time, and sometimes builds a momentum usually connotated with pop music. “Go Go Theurgy” recalls the primordial but also cultural references, creating its own idiosyncratic value.



"Go Go Theurgy" is an intricately woven tangle of synthetic and natural textures and modulations; the next step for the Zaradny's unique sound; very organic, and somewhat seductive.
The idea of sound sculpture, found in her earlier pieces, is particularly significant for "Go Go Theurgy". Its loops and cycles create a specific rhythm completely without percussion, based solely on the pulse and dynamics of the composition itself. A high intensity of intersecting layers of sound and repetitions refers directly to the title, a kind of ritual suspended between dance and performance, and the concepts of rebellion and power, purification and liberation by the movement of the body.
Zaradny's works have often included a theme of a ritual stripped of mystical aura, reduced to the tension between cultural roles and their phantasms (e.g. in “Castration class” (2010), “The sweetest sound of circulating firmament” (2011), “GEN IUS” (2014), “Punctus Contra Punctum” (2014)), but for the first time it takes the form of a sound composition.

“Go Go Theurgy” has a clear sonic architecture and contains echoes of the space where the sound resonates and returns in subsequent cycles. The composition becomes not only a reflection of the ritual documented on the photos, but also a metaphor of the resounding open space. Elements that we hear in the initial parts of the composition return in a processed form, an effect of a redefined echo which becomes an independent sound object detached from its source. This physical multidimensionality of sound is another step towards a sound sculpture. An attempt at stopping the moment, experiencing trance, looping movement and gesture.

(–) Daniel Brożek




R E C E N Z J E




Fuck You Hipster, 08.07.2016

Osiem lat. Przez osiem lat wiele się może wydarzyć. W świecie dużej i małej polityki, w świecie tak zwanym „lokalnym”. Ba, u każdej osoby może i na bank dzieje się dużo przez blisko dekadę. Można wyłysieć.
Ale można też skupić się na różnego rodzaju featuringach i współpracach z innymi artystami, można też, jak Anna Zaradny, grywać na ciekawych festiwalach i szykować nowy album. Osiem lat czekaliśmy na następcę Mauve Cycles, ale to nie był stracony czas. Artystka skupiła się na innych projektach, w tym na splicie Crédit/Octopus nagranym z Burkhardem Stanglem („Octopus” należał do Zaradny), ubiegłorocznej epce RE : EM, którą przygotowała z Christianem Fenneszem i w końcu istotną rolę odgrywały i odgrywają w twórczym życiu Anny sztuki audiowizualne, liczne instalacje czy filmy.
Przy Go Go Theurgy ogromne znaczenie ma warstwa dźwiękowa, wiadomo, w końcu to płyta muzyczna, ale także wizualna, tutaj chodzi o graficzną otoczkę wydawnictwa. Zdjęcia przygotowała Magda Wunsche, Zaradny została uchwycona podczas swojego performance. Wygląda to bardzo mistycznie, tajemniczo. I tutaj przechodzimy do kwestii samego tytułu, który w przypadku albumu również jest nie bez znaczenia. Go Go Theurgy, jak sama nazwa wskazuje, teurgia. Magia. Rytuały. Ciągłe powtórzenia, unosząca się ponad wszystkim swoista mgła niedopowiedzenia. To banały, prawa, ale już artwork obrazuje charakter najnowszego dzieła Anny Zaradny.
Żeby nie było, to nie jest płyta porywająca tłumy. To album raczej o domowym wydźwięku, momentami klaustrofobiczny, jak klaustrofobiczne mogą być cztery ściany, ale też przestronny, jak przestronne może być małe mieszkanie z białymi ścianami i - uwaga - otwartymi oknami. To słabe porównania, ale może choć trochę dopełniające ten obraz Go Go Theurgy, albumu zbudowanego na stałych powtórzeniach, pulsującej nerwowo rytmice i dużej ilości trzasków lub pisków wykonanych na syntezatorach. Zaradny odrzuciła na nowej płycie tradycyjne instrumentarium, skupiając się na elektronicznej podstawie.
Na podstawie i na warstwach, bo właśnie warstwy w kompozycjach Anny Zaradny odgrywają kluczową rolę. Dźwięki stale rosną, to opadają, tworząc chaos, który przy kolejnych odsłuchach zaczyna tworzyć spójną, bardzo dobrze rozpisaną całość. „Theurgy One” wychodzi z nerwowego wstępu i dalej wcale nie jest spokojnie. Motywy zazębiają się, nachodzą na siebie, tworzą ogromną kakofonię, agresywną wręcz walkę melodii. Sztos-chaos.
Ale to z drugiej strony także złudzenie dźwiękowe. Powtarzane wątki, stałe repetycje wcześniej zasłyszanych dźwięków stanowiących dla obu nagrań bazę sprawiają, że tytuł nawiązujący do teurgii faktycznie uderza w rejony mistycyzmu i plemienności. Dzikość nagrań potęgują zmiany tematów w tych samych utworach, co sprawia, że choć indeksy na Go Go Theurgy są jedynie dwa, mnogość zastosowanych rozwiązań i flirt Zaradny z dźwiękiem, to otrzymujemy znacznie więcej utworów. Przynajmniej jeśli weźmie się pod uwagę ten kompozytorski rozmach.
Bo z jednej strony mamy dźwięki ciężkie, oparte na głębokich, raniących uszy drone'ach, kipiące od kanciastych zgrzytów i ostrych jak żyletki pisków, z drugiej Zaradny idzie w stronę sakralnych, rozległych w swoim brzmieniu syntezatorów. Z trzeciej zaś wyłapać można semiindustrialne kompozycje z minimalistycznym wręcz nakładem sił artystki, a na zakończenie można się pokusić o rejony apokaliptyczno-filmowe. Tak rozłożysta jest to płyta.
Porównywać RE : EM i Go Go Theurgy nie ma sensu, ale też tak naprawdę nie ma potrzeby. Ubiegłoroczny minialbum stanowił coś jak podjęcie dialogu przeszłości z teraźniejszością, odświeżenie leciwych (no, nie tak bardzo, kilkuletnich) nagrań, tak długogrająca płyta numer dwa Zaradny skupia się na tu i teraz w życiu artystki.

(–) Piotr Strzemieczy



Gazeta Magnetofonowa, Lato 2016

Przez pierwsze 22 sekundy myślałem, że Zaradny złagodniała, że ten tik-tak jest wstępem do meandrów, niuansów i nastrojów. Ja głupi. To były ostatnie sekundy odliczania przed eksplozją bomby zegarowej. Recenzujemy w tym numerze kilka albumów metalowych, ale żaden z nich pod względem intensywności, gęstości i balansującego na granicy histerii napięcia nie może się równać z "Go Go Theurgy". Przy czym na poziomie pojedynczego dźwięku artystka nie szuka radykalnych rozwiązań (może poza wiertłami w części drugiego utworu), bo potęgę tego materiału buduje efekt roju. Fali powodziowej, która zabiera wszystko co napotka na swej drodze, choć przecież zbudowana jest z pojedynczych, miękkich, niewinnych kropelek. Rzadkie, acz intrygujące chwile wytchnienia świadczą nie tylko o talencie kompozytorskim Zaradny, ale i jej perfidii. Pojawiają się, gdy noise'owy przekładaniec zaczyna fizycznie boleć, ale znikają zanim tętno zdąży wrócić do normy. Znakomity materiał. Gdyby Darrenowi Aronofsky'emu przyszło do głowy zrobić remake "Egzorcysty", zamiast w soundtracku powtarzać Pendereckiego, powinien sięgnąć po "Go Go Theurgy".

(–) Jarek Szubrycht



popmusic, 05.2016

Rytuał cechuje powtarzalność. Rdzenność i organiczność, ale przede wszystkim pewna fizyczność odczuwalna poprzez trans i hipnozę. Go Go Theurgy, pierwsza od ośmiu lat długogrająca płyta Anny Zaradny jest niczym niekończąca się dźwiękowa rzeźba, która w formie zapętleń mieli kolejne elementy kompozycji, podskórnie pulsując. Subtelna melodyjka otwierająca płytę, będzie trwać aż do jej końca, chociaż pokryją ją warstwy syntezatorowych pasm i stopniowo będzie ulegać zniekształceniom. Gęsty basowy pierwszy plan jest tu kontrapunktowany przez zbiór dźwięków w tle, przytłumionych ale mieniących się tekstur. Gdzieś po czwartej minucie czuję tu przebłysk w kierunku tego jak Philip Jeck albo William Basiński wykorzystują winyle, które stopniowo zmieniają brzmienie po wielokrotnym użyciu, niszczeją i dźwięk się zmienia. Repetycja powraca jednak w różnych formach – w drugiej częściu utworu jako minimalistyczne uderzenia. Wybrzmiewają na tle ciszy, a potem znów pokrywa je gęsta syntezatorowa chmura.
Eskalacja dźwięku nastepuje także na drugiej stronie płyty. Repetycja jest wypełniona gęstą magmą i minimalistycznym zapętleniem. Ale znów następuje jej przełamanie i muzyka zyskuje organiczny, fizyczny posmak poprzez jej gęstość i fakturalne eksperymenty. Rytuał powraca w formie niemal sakralnej, jako obrzęd, jednolity monolit, zmieniający barwy i jakby nieco jaśniejszy w finale.

Na repetycjach bazuje też krótki materiał RE EM, który jest ukłonem Zaradny w kierunku remiksu. „Stop the Chaos” wykorzystuje przetworzone wokalizy grindcore’owego zespołu Antigama, które po modyfikacjach spotykają się z mikrotonalnymi dźwiękami syntezatorów i dronowej ściany na drugim planie. Wyłania się tu podskórne wibrowanie. „New feat. Old” to miraż hiphopowego sampla z fragmentami wokaliz – ich syntezy wielowarstwowo budują tło, ale też wyłania się w niej zapętlenie. Plądrofoniczna metodologia przyjmuje tu formę nawarstwiających się dźwięków, które bazują na krótkich fragmentach i mikrostrukturach.

Go Go Theurgy to formowanie repetywnych pętli, atak dźwięku i zabawa z formą gdzieś pomiędzy kompozycją a dźwiękową instalację. Kolejne utwory zmieniają się w swoim obrębie strukturalnie, ale ich trzonem jest zapętlony trans. RE EM przynajmniej częściowo wydaje się bardziej subtelne, nawet kiedy wokalny ryk ulega transformacji i zniekształceniom. Trzeba tego słuchać na dobrym sprzęcie, bo tylko wtedy doceni się wartość obu wydawnictw. Remiks Fennesza traktuję jako dodatek, chwilę oddechu, bo domyka całość w charakterystycznej dla siebie, ckliwej estetyce. A przecież wszystko, co najważniejsze i najbardziej wyraziste zostało powiedziane wcześniej.

(–) Jakub Knera / popupmusic



1uchem1okiem, 05.2016

Hałas? Wprost przeciwnie / Anna Zaradny "Go Go Theurgy"

Punktem wyjścia jest konkret. Zwieńczeniem chaos.

Nowa, oczekiwana od ośmiu lat solowa płyta Anny Zaradny zainspirowana została teurgią – rytualną praktyką o magicznym charakterze, zakładającą wywieranie wpływu na bóstwo w celu zmuszenia go do czegoś. Intymny rytuał, który odprawia Zaradny przybiera formę dźwiękowego performansu, intensywnego akustycznego przeżycia.

Punktem wyjścia jest konkret. Kuszący. Najczęściej rozedrgana pętla, utkana z dźwięków mięsistych, atrakcyjnych brzmieniowo, nasyconych, o wyraźnych konturach, i kształcie. Ów punkt jest zarodkiem. Centrum. Pretekstem do zatopienia go w chropowatej chmurze dźwięków. Czytelne z początku formy, ulegają zatarciu w procesie intensywnej multiplikacji. Spiętrzenie repetycji, które jest tu naczelną zasadą kompozycji tworzy statyczną dostojną konstrukcję, z której bije majestat i witalizm. Istotną rolę pełni zarówno brzmieniowa dynamika, ale i wyraźnie odczuwalna charyzma artystki. Ów osobliwy nerw budujący napięcie i napędzający rozwój narracji tkwi korzeniami gdzieś w black metalowej drapieżności i wagnerowskim rozmachu.

Hałas zatem? Wprost przeciwnie. To celebracja dźwięku, jego siły oddziaływania. Tryumf intensywności i przenikliwości. Zaproszenie do bezpośredniego obcowania z fizyczną namacalnością drgających fal powietrza, pompowanych przez kolumny i słuchawki. Surowość i obskura? Dla mnie kwintesencja elegancji. "Go Go Theurgy" jest bowiem skomponowane z przepychem. Z niespotykaną dbałością o wysoką jakość brzmienia, za którą ręczy masteringowiec Rashad Becker. Wykreowany dźwięk pęcznieje, jest dostojny i hipnotyzujący, a jego gęstość i intensywność imponująca. Zaradny dba o to, by każdy zawarty na płycie element został dociążony basowym fundamentem. Zabieg ten pozwala odbierać dźwięki trójwymiarowo, co wpływa na postrzeganie muzyki jako formy przestrzennej. Akustycznego obiektu, dźwiękowej rzeźby.

Doświadczenie i obcowanie z "Go Go Theurgy" przybiera momentami charakter katartycznego przeżycia. Zaradny z plastycznym wyczuciem wznosi okazały dźwiękowy monument, nasycony fluktuującymi cząstkami dźwiękowych zdarzeń. Ich ruch wyznacza nieustanna, podskórna pulsacja. Jak w obrazach Wojciecha Fangora, które przy dłuższym wpatrywaniu ożywają, mieniąc się powidokami. Wsłuchiwanie się w strukturę "Go Go Theurgy" pozwala uwalnić umysł spod pręgierza rygorystycznego, logicznego postrzegania i zanurzyć go w halucynacji. Będąc w intensywnym stadium słuchania dostrzec można złożoności dźwięko-kształtów i rytmicznych konstrukcji jakie się między nimi zawiązują. Œledzić nieustanny, żywy potok rezonansów, jak również zatracić się między dźwiękami rzeczywistymi a wyimaginowanymi.

(–) Bartosz Nowicki



nowamuzyka.pl, 14.05.2016

Anna Zaradny powraca z zupełnie świeżym materiałem!

Jesienią ubiegłego roku polska kompozytorka, saksofonistka i artystka audiowizualna opublikowała bardzo dobry minialbum „RE:EM” (nasz recenzja), gdzie mieliśmy jej remiks utworu grindcore’owo-death metalowej grupy Antigama, jak i nagranie „NEW feat OLD” Zaradny w interpretacji Christiana Fennesza. Fakt, faktem, ale od czasu utworu „Octopus”, który znalazł się na splicie z Burkhardem Stanglem z 2012 roku, nie było nowych kompozycji Zaradny.

Tegoroczny longplay „Go Go Theurgy”, podobnie jak krążek „Mauve Cycles” (2008), pomieścił dwie długie kompozycje zbudowane wyłącznie z elektronicznych struktur, mam tu na myśli syntezator analogowy i software’owe urządzenia imitujące różnorodne brzmienia (być może jeszcze kiedyś artystka powróci do saksofonu). Nowe nagrania niosą za sobą potężną dawkę fizyczności, już od pierwszych sekund w „Theurgy One” – typuję, że źródłem jest analogowy dron – wgryza się w nasze ciało swoista pętla przedziwnych fal dźwiękowych zmieniająca swój układ choreograficzny w ułamki sekund.

Strona B tego wydawnictwa przynosi jeszcze ciekawsze doświadczenia sensualne w postaci „Theurgy Two”. Niespodziewanie performatywny trans w wykonaniu Zaradny zostaje nasycony strzępkami melodii o orkiestrowej proweniencji, a ich binarny charakter sprawia, że obcujemy z czymś wyjątkowym, nie dającym się nazwać. Nawet zmysły odmawiają posłuszeństwa. Ten koherentny i zarazem postrzępiony strumień dźwięków na chwilę zamiera, po czym wydostaje się na wierzch nieco inne stworzenie – niepokój, niepostrzeżenie przeradzający się w coś na kształt organicznego ambientu. Nazywanie tego „zjawiska” powszechnie znaną nomenklaturą jest banalne, choć ułatwia śledzenie podskórnych kontekstów.

Okazuje się, że Anna Zaradny konsekwentnie zaciera po sobie wszelakie oczywiste tropy mogące nas – słuchaczy – naprowadzić na trywialny tok myślenia, który w konsekwencji byłby jedynie zaśniedziałym splotem etykietek, jak wiemy, swobodnie przypinanych na prawo i lewo. Artystka stoi po środku tego procesu i nie zamierza wychylać się w żadną stronę (nie mylić tego z jakąś formą kunktatorstwa), co czyni jej twórczość oryginalną i dalekobieżną.

(–) Łukasz Komła



Polifonia, 16.05.2016

Gra o dron

O teurgii niby nie mówi się dużo na co dzień (nawet red. Terlikowski taki np. cud w Legnicy próbuje uzasadniać naukowo), ale wystarczy sobie włączyć najnowszą serię Grę o tron i od razu robi się jakby jaśniej. W fantasy w realiach wczesnego średniowiecza mamy też wierzenia w stanie z podobnych czasów, więc i religijnych cudów wywoływanych magią coraz więcej. I o ile jeszcze przed premierą serialu ktoś mi polecał prozę George’a R. R. Martina jako rodzaj fantasy, w której nie można sobie za pomocą magii pomagać na każdym kroku, to mam wrażenie, że dziś scenarzyści tą magią wyjętą z jego książek szpachlują każdą wyrwę w scenariuszu, a tych wyrw jest już niemało. W każdym razie teurgia to jest to, co uprawiają wyznawcy przynajmniej kilku religii ze świata GOT pasjami, kiedy trzeba komuś odebrać lub zwrócić wzrok, uśmiercić czy wskrzesić. A to – jak wiadomo – podstawowe działania podejmowane na co dzień przez bohaterów. I zarazem rytuały magiczne odprawiane w imię jakiegoś boga.

Nie to, żebym posądzał Annę Zaradny o jakieś szczególne zainteresowanie Grą o tron, ale tytuł płyty Go Go Theurgy ma nawet całkiem odpowiednie inicjały, żeby zainteresować tę serialową społeczność. Zdjęcia Magdy Wunsche, które dokumentują performance towarzyszący albumowi, jakiś rodzaj rytuału sugerują, ale raczej nie taki jak w świecie Westeros. A sama muzyka – choć momentami mogłaby zastąpić nie najwybitniejszą ścieżkę dźwiękową do serii HBO – wychodzi już w ogóle w rejony bardzo dalekie i bardzo nowoczesne. Więcej skojarzeń trudno tu wytropić. Dwuczęściowa kompozycja składająca się na tę nową, pierwszą od wielu lat pełnowymiarową płytę Zaradny, zaskoczy na pewno jej słuchaczy pulsującą rytmiką, która rzeczywiście dość konsekwentnie odmierza tempo jakiegoś nerwowego współczesnego rytuału. Współczesnego, bo całość oparta jest na pewnym ścieraniu się brzmień cyfrowych i analogowych syntezatorów. I te pierwsze, ze swoją dynamiką, brutalnością i sekwencyjną regularnością wydają się tu mocniej tworzyć właśnie siatkę rytmiczną (niejako odmierzają czas) podczas gdy te drugie kreują potężne struktury (czyli kreślą pozostałe trzy wymiary, pokazując rozmiar – skojarzenia z architekturą przywołuje autor słowa wstępnego Daniel Brożek). Czy dokładnie taki zamiar towarzyszył autorce? Nie mam pojęcia, to tylko moja interpretacja bardzo intensywnego rytmicznie i brzmieniowo utworu o ładnej kompozycji, z dość naturalnymi przejściami w poszczególne segmenty, bo choć na długie minuty wpadamy tu w klastry dźwięku o bardzo skomplikowanej, wolno zmieniającej się fakturze albo wręcz rytualne drony, to ani pierwsza, ani druga część Teurgii nie zostawia nas w takiej statycznej sytuacji na długo. Przeciwnie – brzmieniowo prowadzą przez kolejne rytualne obrzędy, bardziej związane z naturą (pierwsze minuty Theurgy One), hipnotyczne o charakterze dronowym (środkowa część Theurgy Two), czy kosmiczne (finał).

Wszystko się tu w każdym razie zgadza pod względem formalnym i jak na dźwiękową opowieść o m.in. koncepcjach buntu i władzy (cytuje słowo wstępne), ale też oczyszczeniu i wyzwoleniu, i jeszcze paru rzeczach jednocześnie, pozostaje wyjątkowo klarowne. Co nie zawsze odnajdywałem w muzyce Zaradny przed tą, najlepszą jak dotąd w jej dyskografii, propozycją. W czym mija się zresztą ta polska artystka z coraz bardziej chaotycznymi scenariuszami opowieści o Westeros. Ja wiem, że porównując muzykę eksperymentalną i performance z widowiskiem masowym ryzykuję – podobnie jak jedząc czosnek i cebulę przed wyjściem do opery – ale jestem na tyle prostym słuchaczem, żeby szukać w muzyce i przyjemności obcowania z dźwiękiem, i jeszcze pewnej klarowności w myśleniu. A tutaj jedno i drugie znalazłem.

Płytę można kupić w jednej z dwóch limitowanych edycji winylowych – obie na wyczerpaniu. Wersja cyfrowa też jest do nabycia, choć biorąc pod uwagę cenę, autorka raczej próbuje raczej odstraszyć słuchaczy od obcowania z jej muzyką w ten sposób.

(–) Bartek Chaciński
R E V I E W S




brainwashed.com, 17.07.2016

Go Go Theurgy is Polish composer Anna Zaradny's first album in eight years, following 2008's Mauve Cycles. Like that release, there is a significant amount of experimentation and abstraction to be heard on this record's two side long composition, yet for all its dissonance there is clearly order here. Order that takes the form of deconstructing and rebuilding more conventional pop and electronic music elements into completely unique contexts. It is challenging but captivating all the same.
The opening moments of "Theurgy One" are rather sparse, considering what is to come. What is first a sequenced pattern of synthesized tones is soon engulfed by buzzing, machinery like drones that add a distinct darkness. One of the striking things that is immediately noticeable about Zaradny's work is its complexity, and her use of multiple, yet complementary layers of sound that give an impressive depth, while still retaining a coherent structure.
Electronic pulses soon pop up that mimic something that could appear on a standard techno record, but within this factory-like ambience, they have a character all their own. Mangled synthesizer leads appear to quickly transitions into sweeping, symphonic drama and back again. Amidst these bent tones and idiosyncratic sequences is an expanse of warm crackles and textures, making for an avant garde lead-in to a more conventional, pulsating techno conclusion.
The other half, "Theurgy Two," picks up where its predecessor left off. The opening moments have a more structured, sequenced sound to them, but the same bizarre, dissonant quality to the sound overall that is idiosyncratic to say the least. Her intentional use of rigid, dance-music like repetition with these sounds results in a sort of abrasive, slightly grating sound that eventually relents to showcase droning tones and clicking textures.
As the composition moves on, Zaradny introduces nasal, buzzing synthesizers that resemble a modern take on 1970s sci fi soundtrack schlock with droning, drill like vibrations and harsher passages of electronics. But even within these more dissonant sounding moments, she creates some distinctly glorious, beautiful moments of rich drama, sweeping electronic passages that are completely enrapturing. The work culminates into a rich, complex, and nuanced nod to composition that ends the record on a delicate, calm note.
Anna Zaradny's work on Go Go Theurgy shines most clearly in her clever use of elements associated with more conventional music, such as sequenced synthesizers and rhythmic passages, but employed in such a way that they bear little superficial resemblance to what would be expected. Instead they function on an almost subliminal level, drawing me into a sonic world that is utterly unique, bizarre, and fascinating for its entire duration.

(–) Creaig Dunton



Vital Weekly, 31.05.2016

Just quite recently I reviewed a release by X3D5 X Noises Of Russia and the title was Theurgy; today I receive this record by Anna Zaradny, which is also called 'Theurgy'. So it's about to find out what that means, theurgy. According the almighty Wikipedia it "describes the practice of rituals, sometimes seen as magical in nature, performed with the intention of invoking the action or evoking the presence of one or more gods, especially with the goal of uniting with the divine, achieving henosis, and perfecting oneself", which made think there is perhaps some form of religion at work for both this as well as the previous (and unrelated) release. Although maybe the addition of the words 'Go Go' takes it somewhere else? There is not much on the cover to go by. Zaradny composed this music with the help of electronics, analogue and digital synthesizers. In the two parts (two sides of the record) that make up 'Theurgy' Zaradny plays some great, powerful music on her electronics. It's drone like, but it's not about something static that doesn't change throughout. Various drone sounds intertwine, mix-up and change slightly over the course of the piece, in which Zaradny has some clear, distinct parts. In the main section of the first part, rhythm prevails, straight forward beeps set against a dark wall of sound; not as in rhythm machines, techno, but rather like Alva Noto sometimes does. The other side is absent of that but has that dark, frightful music. This is certainly a record to play at a massive volume, so it all works better for you. If you don't feel the sound pressing against you, you probably miss out on something.

(–) Frans de Waard



Boomkat, 05.2016

Experimental Polish composer Anna Zaradny practices bewitching electronic rituals in Go Go Theurgy; her first solo LP in eight years following two memorable split sides featuring Fennesz and Burkhard Stangl over the interim.

In her previous outings we were struck by Anna's taste for dissonance and an intense, pulsating sort of feminine pressure, and find those elements in majestic effect over the two long pieces contained within this LP - only her 2nd full solo album since 2003.Abstract in its stoic, precisely sculpted and beat-less arrangement, yet organically evolving in its layered harmonic chaos, Go Go Theurgy divines a free-floating space at once powerfully driven by rhythm, yet due to the absence of any tangible percussion defines a lush, keening, and pensile tension whose effect is only heightened when she abruptly veers off into passages of pizzicato pointillism. It could be considered dance music in a most extreme, physical form - with proper amplification both sides have the potential to exert serious G-force torque, liberating the body from the mind, and vice versa - but the underlying structures which reveal themselves with subsequent listens also lend themselves to comparison with proper classical music, especially in the staggering, Wagnerian turn of phrase that cleaves side two, before it calves into an almost asphyxiating, head-curdling final passage. Really impressive stuff.



Touching Extremes, 10.05.2016

When looking at Anna Zaradny’s eyes, the mix of intense reflection and ferocious concentration lets us fantasize about a plethora of differently shaded sound waves crossing her mind, to the point of decisively shaping up her very countenance. The positive news: Zaradny is unquestionably capable of translating those acoustic conceptions into an entrancing psychophysical truthfulness. This is clearly evidenced by this concise album, the first solo release in eight years by the Polish composer, who deserves to be attentively followed in a field where talent is, typically, inversely proportional to the amount of bells and whistles.

The reward offered by Go Go Theurgy is not something for which a listener pumps a fist in the air with ecstatic joy. Rather, this is a nearly worrying soundscape, instantly hitting the senses with all its might. A few seconds of electronic glimmer precede massive cascades of droning substances; quaking vibrancy and exciting inharmoniousness are masterfully balanced throughout 28 minutes. The scenes change abruptly, one after another, but everything that happens is not there by chance; there’s a definite feel of seamless continuity in spite of the diversity of timbres. The power generated by this living organism is startling. Subterranean rhythms deriving from the shifting superimpositions of patterns sustain our focus until we get to sections where things seem to (ominously) calm down a bit. Ears and nerves are vigorously kneaded time and again inside a veritable process of excentrifugal depuration. Extreme physicality splashed with transcendental colors in a fine example of cultivated sonic fierceness.

(–) Massimo Ricci



His Voice, 05.2016

Recenzi nového alba Anny Zaradny si dovolãm začãt slovy jednoho z největšãch českých hermetiků, PhDr. Jana Kefera, z úvodu jeho publikace o theurgii:

“Extase lidského mozku vytvořily slova, jejichž smysl otřásá civilisacemi a která vyslovena a pochopena drtã člověka nejistotou před odvahou a vzletem jeho myšlenky. A báje věků je rytmisujã, avšak jejich smysl se nemůže připojiti k cãlům omezeným. Jak regulovati dech, jenž slovům těm má dáti život? Jak pronésti slova, jež zdánlivě nemajã smyslu? Jak tato slova proměniti v čin? Tak ptá se člověk udivený tajemně znějcãmi shluky pãsmen. Otázky zůstávajã bez odpovědi, neboť člověk nedovede již tvořiti slovo a probuditi sãly v něm skryté. A v řadě těch, jež musã zůstati a také zůstanou nepochopena a nevyslovena, nenã vyššãho a závratnějšãho, než slovo theurgie, značãcã uměnã tvořiti bohy, to jest tvořiti sãly ovládajãcã děnã a vyměřovati kosmické úrovně vyvolávajãcã život. Theurgie! Nenã slova vyššãho a nepochopitelnějšãho!”

Nové album Anny Zaradny tvořã dvě patnáctiminutové kompozice nazvané prostě Theurgy One a Theurgy Two. Obě tvořã těžké pletivo dronů a temná elektronika, stručné ostinátnã riffy a těžké dusánã, jakoby tvořené přeskakovánãm ohromné jehly v ještě ohromnějšã drážce. Skladby jsou však i při své zvukové homogenosti dynamické, jsou tu drobné pauzy a změny, tu organické, tu jaksi vynucené, dlouho stavěná figura se náhle rozsype, nebo změnã v amorfnã zvukovou strukturu. Puls se měnã v dlouhé držené zvuky, drony se propadajã do minimalistických figur, vykroužených zřejmě na nějakém modulárnãm syntezátoru. Ačkoliv ten zde jako primárnã zdroj zvuku tušãme, o dalšãch instrumentech se lze jen dohadovat - booklet uvádã jako nástroje užité na albu elektroniku a analogové a digitálnã syntezátory. Detailnějšã pátránã je ale zbytečné. Nekoná se zde žádný hardwarový fetišismus, vše je podřãzeno zvuku, který je pozoruhodně homogenã a zcela ve shodě s tématem alba neupomãná na nic z tohoto světa. Vnãmáme nejvãc aktivnã a pasivnã fáze procesu. Prvnã track začãná energicky a poznenáhlu se proměňuje v temnou hmotu, zůstavá však čirou energiã, která v poslednã třetině skladby projde nečekanou zvukovou změnou. Energie je transformována. Druhý track se nese v poněkud abstraktnějšãm duchu, mocné LFO v pozadã přidává hudbě nervóznã rozměr, později se přidávájã i mikrotonálnã souzvuky ústãcã až do majestátnãch durových akordů, jako vydestilovaných z popmusic. Zvukové vlny se tu valã a “báje věků je rytmisujã”. Nakonec dojde i na jakousi kosmische musik, osvěžujãcã melodickou pasáž, která se v závěru celé skladby rozpouštã v sonickém vitriolu až do konečného fade outu.

“Magie i theurgie obohacuje život, neboť člověk noře se do záhad bytã jemnými spoji, vnãmá nádheru skutečnosti, okoušã slasti života, jenž nenã z tohoto světa, při čemž však zůstává v prostoru a času, na půdě této země.”

Go Go Theurgy je intenzivnã album, kterému slušã jeho uměřená stopáž. Anna Zaradny se elegantně dokáže vyhnout prvoplánové temnotě, která se souvislosti s s okultnãmi či hermetickými tématy nabãzã jaksi samosebou. Však je zde také tématem ta nejvyššã forma magie, komunikace s božskými silami.

(–) Tomáš Procháza